piątek, 26 grudnia 2014

może nie być jutra





Nie lubię niedziel. Ten dzień ma inny rytm. Jest pozbawiony powszedniej rutyny złożonej z obowiązków oddzwonienia, odprowadzenia dziecka do szkoły, pracy zawodowej. W niedzielę każdy zajmuje się sobą. Święci dzień święty. Nieważne jak. Ważne, że jest społeczny nakaz szanowania autonomii innych w tym dniu. To dzień, w którym jestem sama ze sobą, swoimi uczuciami i myślami. W sumie nie różni się pod tym względem od innych dni, a jednak niedziele mnie uwierają. Bo najbardziej głodna jestem wtedy, kiedy mam echo w lodówce. Kiedy jest pełna nie mam na nic ochoty. I jem kiedy muszę. Dlatego w niedziele jestem niespokojna, mam niezaspokojony głód kontaktów. Jestem sama, jak w każdy inny dzień tygodnia. Tyle, że od poniedziałku do soboty jest mi z tym komfortowo. Najbardziej lubię wracać w nocy ze spotkań. Sama w samochodzie, ze swoją muzyką i myślami. Niby taka niedziela. Jednak zanim dojadę do domu mogą zdarzyć się dziesiątki różnych rzeczy. I zazwyczaj tak się dzieje. Jest ruch, przepływ energii i emocji.

Święta to takich kilka niedziel pod rząd. Mogłam je zorganizować inaczej. Wyjechać. Być w tłumie. Bo wyjechać jest łatwiej niż zostać. Zostałam. Z przeczuciem, że będzie trudno. I intuicyjnie dlatego, żeby się z tym zmierzyć. Bo od dwudziestu siedmu lat nie byłam w takiej sytuacji. Nie byłam sama. Obecność synka ma znaczenie symboliczne. Jest moim dzieckiem, nie partnerem. To, że myślę i mówię o nim, że nie jest moją właśnością tylko bytem, za który jestem odpowiedzialna tu i teraz mówi o naszej obopólnej niezależności. Chociaż nadal to on potrzebuje mnie bardziej niż ja jego. Zmierzam do tego, że jestem skłonna polubić niedziele. Zdałam sobie sprawę ze swojej samotności. I rozpoznałam, że tak było zawsze. W związku, w roli mamy, w rodzinnym domu. To dobre doświadczenie. Bolesne i dobre. Pewnie dlatego ludzie łączą się w pary – żeby doświadczyć troski drugiego człowieka. Jest mi to bliskie. Dowiedziałam się, że mój ukochany siostrzeniec zachorował na sarkoidozę. Ma 27 lat, rok temu urodził córeczkę i chodzi o kulach. A ja nie mam komu o tym powiedzieć. Kocham Kubę bardziej niż chcę się do tego przyznać. Dziś czuję się jak Sylvia Plath i Virginia Woolf. Bo rozumiem ich niechęć do życia wśród jego niezaprzeczalnych cudów.

"Dearest, I feel certain that I am going mad again. I feel we can't go through another of those terrible times. And I shan't recover this time. I begin to hear voices, and I can't concentrate. So I am doing what seems the best thing to do. You have given me the greatest possible happiness. You have been in every way all that anyone could be. I don't think two people could have been happier 'til this terrible disease came. I can't fight any longer. I know that I am spoiling your life, that without me you could work. And you will I know. You see I can't even write this properly. I can't read. What I want to say is I owe all the happiness of my life to you. You have been entirely patient with me and incredibly good. I want to say that – everybody knows it. If anybody could have saved me it would have been you. Everything has gone from me but the certainty of your goodness. I can't go on spoiling your life any longer. I don't think two people could have been happier than we have been. V." (The Letters of Virginia Woolf, vol. VI, p. 481')

piątek, 6 czerwca 2014

Jasmine



Trzeba uważać o czym się marzy. Był czas, że marzyłam o dziecku, domku z ogrodem, do którego mogłyby wychodzić nasze zwierzaki. Dwa wyszły tak skutecznie, że już nie wróciły. Dlatego przy okazji wizyty u weterynarki powiedziałam Alicji, że najgłębszą żałobę po Coco i Maćku mamy już za sobą. I że jak usłyszy o jakimś kotku, który nie ma domu to ma nam dać znać. Nieważne jak będzie wyglądał, może być bez oka albo łapki. Kilka dni wcześniej Ania usłyszała w pracy, że jakaś pani woła do dziewczynki "Jasmine" i pomyślała, że to ładne imię dla córeczki. Opada kurtyna, jak w teatrze przed antraktem. Potem Alicja napisała, że pielęgniarka, która pracuje w przychodni i prowadzi dom tymczasowy dla kotów ma dla nas propozycję adopcyjną. Tak poznałyśmy kotkę, którą ktoś znalazł w czyimś ogrodzie, obok dwu innych martwych kotów. Nasza miała strzaskaną miednicę i bezwładną prawą tylną łapę, którą trzeba było amputować. Źle zrośniętej miednicy medycy już jej nie łamali, ponieważ groziło to uszkodzeniem nerwów. I o tym wiedziałyśmy jadąc po kotkę i decydując się na adopcję. Na miejscu okazało się, że kontuzja miednicy dokonała zniszczeń wśród narządów wewnętrznych. Najbardziej ucierpiała okrężnica. Krótko mówiąc kotka miała poważne problemy ze zrobieniem kupy. Po wielu eksperymentach Alicja ustaliła dawkę dwóch leków, które uregulowały jej, kotce, gospodarkę trawienną. Trzeba tylko ortodoksyjnie pilnować podawania leków dwa razy dziennie. Jesteśmy przyzwyczajone do dużego stada w domu i związanych z tym wydatków. Te leki jednak są mocno drogie i powinny być podawane do końca życia Jasmine. Bo takie imię otrzymała w domu tymczasowym. Nie wahałyśmy się z adopcją. Był tylko taki jeden krótki moment, w którym odstraszyła nas swoim widokiem – kulka na trzech łapkach, ze zgoloną połową sierści i zmierzwioną resztą. Jakby uciekła z wysypiska, które przed chwilą przeryła koparka i łychą zahaczyła o kotkę. W trakcie podpisywania dokumentów adopcyjnych dowiedziałyśmy się, że dom tymczasowy, powierzając nam kotkę, bierze na siebie refundację jej leczenia. Leczenia chorób sprzed adopcji znaczy. Do tego zapłaci za sterylizację, chipowanie i wystawienie paszportu. Zapłaci za to cats protection, które współpracuje z domem tymczasowym. To nasza pierwsza zagraniczna adopcja. W Polsce byłyśmy przyzwyczajone do procesu odwrotnego, łącznie z koniecznością pokrycia kosztów leczenia za uratowanego przez fundację czy schronisko zwierzaka. Wyjątkiem byl Maciuś z Fundacji Karuna.
Jasmine wygląda w zasadzie jak norweski leśny. Znaczy mamy takie podejrzenie na podstawie tej reszty sierści, którą na sobie nosi. Bo w przychodni weterynaryjnej doszło też do postrzyżyn podgardla – tak skutecznie walczyła z podawaniem lactulozy, że trzeba jej było ogolić wszystkie dredy. Po sześciu tygodniach w stałym domu widzimy, że ta sierść ma tendencję do odrastania. Nie wiemy co z okolicą biodra. Może być i tak, że w tym miejscu będzie miała goły plac trzech krzyży – bo w taki wzorek układa jej się blizna po operacji. Pierwsze trzy dni kotka spędziła w dziurze miedzy biurkiem a kaloryferem. My poprzestałyśmy na pouczeniu reszty stada co do równych praw nowej domowniczki i regularnym karmieniu jej, w tym lekami. Po trzech dniach wzięła w posiadanie łóżko Leosia. Potem zaanektowała kanapę w salonie. Śpi na nich naprzemiennie. Zaakceptowała stan zastany. Czasem tylko syknie na Astrę, ponieważ jej nie zna. Astra ma od jakiegoś czasu demencję. Zapomina się najeść, nie pamięta gdzie stoi kuweta. Wiemy o tym po kupie w wannie albo zasikanym przedpokoju. Całe dnie przesypia zakopana wśród zimowych ubrań w szafie, na parapecie albo w skrzyni na pościel. A to są miejsca, których Jasmine nie odwiedza. Obie emerytki, ale najtrudniej im się dogadać. Jasmine błyszczy. Wyczesałam ją kilka razy, a resztę zrobiło czułe głaskanie. Podczas tych pieszczot otrzymała nowe imię – Gryzelda, ponieważ ma takie miejsca, w które nie lubi być dotykana. Ale jest ich coraz mniej. Czasem mówimy o niej Kottweiler. Wygląda na zrównoważnoną emocjonalnie kotkę, ale ma coś tak dzikiego w spojrzeniu, że doradzałabym zasadę ograniczonego zaufania nie domownikom. To też jej minie. Nam minęło. A Jasmine należy do stada.

piątek, 29 listopada 2013

Maciuś


Istead Rise,  28 kwietnia 2013

Jesteśmy w żałobie. Umarł nasz Maciuś. Był jedynym wychodzącym kotem z naszego stada. Jak to ulicznik. Można go było zamknąć w domu i unieszczęśliwić. Ale nie chciałyśmy tego robić. Dlatego wychodził za każdym razem kiedy o to poprosił. Ostatni raz we wtorek, 26 listopada. Nie wrócił na noc. Zaniepokoiłyśmy się w połowie, bo jak karny nastolatek był domu najpóźniej o 23-ej. Tylko raz nie nocował u siebie. Dlatego zostawiłyśmy drzwi od przedsionka otwarte, żeby zdrzemnął się prawie w domu – jak poprzednio. Ale rano też go nie było. Rozwiesiłyśmy i rozniosłyśmy ogłoszenia po wsi. Wieczorem zadzwonił sąsiad spod dziewiątki, zaledwie trzy domy od naszego. Powiedział, że znalazł czarnego kota rano, na ulicy. Zajął się nim. Zapaliłam na odwagę i poszłam po Maćka. Trzymałam  się do momentu, w którym nie otworzyłam worka i nie usłyszałam pytania sąsiadki: "It’s your baby?" Potem już niewiele pamiętam. Świadomie go tylko przytuliłam i pogłaskałam. Po stracie można zamienić się w maszynę – wypić herbatę, odprowadzić dziecko do przedszkola, powiadomić najbliższych.
Maciuś był ulubieńcem synka. Trzymali ze sobą, mieli jakieś energetyczne połączenie. Leoś jeszcze nie wie, że Maciek nie wróci. Sygnalizowałam mu to w pierwszym dniu poszukiwań, ale raczej przestrzegając przez bezmyślnym wbieganiem na ulicę dziecka. Dziwne jest to, że Leoś nie pyta. Jakby się bał. Może przeczuwa nieszczęście. Nie wiem. Czekamy aż zapyta. Wtedy się dowie. Zadbałyśmy tylko o to, żeby nie widział Maciusia martwego. Ostanią noc z nami spędził w garażu, na moim motorze. Chciałam go czymś przykryć, ale uznałam że to niemądre. Teraz żałuję. To chyba takie drobne gesty, które nie robią wrażenia na zmarłym ale pozwalają przetrwać.
Chciałyśmy pochować go w ogrodzie. W dupie mając przepisy. Ale rano obudziłam się z myślą, że w każdej chwili możemy się przeprowadzić i ktoś może potargać widłami ciało naszego kociego synka. Dlatego zdecydowałyśmy się na kremację. Wcześniej poprosiłam Alicję o zbadanie Maćka. Bo oprócz samochodu to mogła być trucizna, walka na życie i śmierć z lisem, postrzał. Podobno Maciek zginął od razu, po silnym uderzeniu w głowę. Pięćdziesiąt metrów od swojego domu. Wolałabym być przy nim wtedy. Zamknąć mu oczy i powiedzieć jaki jest dla nas ważny. Tak powinno się umierać, bez względu na gatunek.
W tym dniu dowiedziałam się też czegoś o Brytyjczykach. W przychodni weterynaryjnej zapytano mnie czy chcę prochy Maćka. Nie, nie chcę! To może chociaż trochę sierści zgolić? Bo każdy coś chce. Ja chcę żeby wrócił do domu. Jest w nim cały czas w uchylonych drzwiach do bieliźniarki, w której lubił się wysypiać po grandzie na mieście, w śladach po pazurach na ścianie nad kuwetą, w spojrzeniu Magii „gdzie to bydlę znowu się schowało”, w mojej uwadze przy wychodzeniu na papierosa do ogrodu – bo może Maciek wraca akurat z tułaczki i trzeba ostrożnie zamknąć drzwi. Ludzie umierają i zostawiają po sobie konta w banku, kredyty do spłacenia, majątek do podziału, dzieci do adopcji. Spadkiem po zwierzaku jest rozpacz, żal, poczucie winy i krzywdy. To dobrze, bo można się skupić tylko na emocjach. I wspomnieniach.
Maćka adoptowałyśmy w połowie maja, w Polsce. Półtora roku temu. Powierzyła nam go Beata, prezeska Fundacji Karuna. Nasza baza była w Cybulicach, dlatego w paszporcie dostał imię Onion. Ale przylgnęło do niego imię tymczasowe, nadane w fundacji. Bo Maciek to trochę taki Maleńczuk. Nic tylko wyjść na miasto, dać/dostać wpierdol i wrócić bezpiecznie do domu, lizać rany. Beata zgarnęła go z ulicy, na której prawdopodobnie żył dość długo. Na tyle długo, że nie można było określić nawet w przybliżeniu jego wieku. Mógł mieć trzy lata (figura) albo trzynaście (stan uzębienia). Dlatego wolno mu było wychodzić z domu kiedy chciał. Wiedziałyśmy, że sobie poradzi. A Maciek wiedział, że ma dokąd wracać bez względu na to co wywinie.
Podrapał nas i pogryzł jak się poznaliśmy. Wtedy określił granice. Które szybko się zatarły w stadzie. Już po paru dniach spał z nami, dawał czytelne komunikaty, i dostawał to na czym mu zależało. Należał do rodziny. W dupie miał hierarchię, sam był panem i władcą. Dzięki niemu coś się działo. Bo Magia i Astra raczej przesypiają swoje życie. A Maciek chciał je przeżyć. Tu i teraz. Tylko dlatego, że Astra jest zdiagnozowaną diabetyczką, wiemy od paru tygodni, że jest w domu – dwa razy dziennie podajemy jej w zastrzyku insulinę. Maciek domagał się pieszczot, uwagi, wolności, prawa do wojen podjazdowych z Magią, wspólnych spacerów po wsi z synkiem i psem. I dostawał to.

W jednym z punktów umowy adopcyjnej Beata napisała – „Kot potrzebuje od ciebie więcej niż jedzenie, wodę i miejsce do spania. Potrzebuje przede wszystkim być jednym z członków twojej rodziny. Czy jesteś w stanie dać mu miłość i otoczyć opieką oraz być za niego odpowiedzialną do końca jego życia?”. Żegnaj koci synku. Mama. 

poniedziałek, 11 marca 2013

Wojna sukcesyjna



Powstała nowa fundacja. I dobrze. Nieudolne państwo nie daje rady zaspokajać podstawowych potrzeb obywateli. Fundację powołało do życia trzech mężczyzn. Jacek Masłowski – filozof i psychoterapeuta, Wojciech Eichelberger – psycholog i pisarz. Wikipedia podaje ponadto tytuły jego ulubionych książek, co może być pomocne w rozumieniu intencji współtworzenia Fundacji Masculinum. Są nimi „Winnetou” Karola Maya i „Kariera Nikodyma Dyzmy” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Trzecim członkiem hipostazji jest Edi Pyrek – podróżnik, pisarz, terapeuta i trener osobisty. Nie słyszałam o nim do wczoraj. A powinnam, bo zajmował się także kreowaniem wizerunku – przy wyborach do Sejmu i Senatu.
Zanim nie wczytałam się w program fundacji znalazłam drugi powód do radości – właśnie męską aktywność w obrębie tworzenia organizacji pożytku publicznego. Ponieważ fundacje powołują do życia głównie kobiety. Po pierwsze żeby wspierać dyskryminowane grupy społeczne. Co ma bezpośredni związek z zaniedbaniami ze strony państwa. Kolejne powody są związane z osobistymi przekonaniami i predyspozycjami. Mogą być nimi empatia, współczucie, poczucie misji czy ten bardzo prozaiczny – samo zatrudnienie.
Prezes Masłowski powiedział, na łamach Newsweeka, że fundacja chce odmienić przekaz, w którym facet to dupa i ciapa, albo sprawca przemocy. A ta nie jest udokumentowana badaniami, są jedynie statystyki. Dlatego fundacja zrobi rzetelne badania. Takich wątpliwości nie miał Jackson Katz pisząc „Paradoks macho. Dlaczego niektórzy mężczyźni nienawidzą kobiet i co wszyscy mężczyźni mogą z tym zrobić”. Masłowski podnosi też problem dyskryminacji mężczyzn na tle ich miejsca w domu. Który de facto do nich nie należy, jest domeną kobiet, które ich z tych domów wyrugowały. Do pracy, garażu albo baru. „Tak żyli rodzice, tak muszą żyć i oni.” Bardzo zgrabne przekłamanie. Fakt, kobiety są niepełnoprawną częścią patriarchatu, ale to jej admiratorzy wymyślili, że prawdziwy mężczyzna musi pachnieć whisky, koniem i tytoniem. Współczesnym koniem są konie mechaniczne – samochody. Symbolicznie – garaż.
Problemem dla założycieli fundacji jest zmuszanie mężczyzn, by ojcostwo przypominało macierzyństwo. Tu głupieję po całości. Pchają się do mnie natrętne myśli o aktualnym podziale obowiązków rodzicielskich: ojciec – jednorazowe wyjście na rower z synem, matka – cała reszta. Mam na myśli panującą tendencję, nie przypadki aktywnego współuczestnictwa w opiece i wychowaniu. Znam wielu ojców, którzy tak samo chętnie jak pójdą na spacer to i odprowadzą do przedszkola, poczytają dziecku książkę i pierwsi je przytulą. I żadnego, który będzie towarzyszył dziecku od rana do nocy. Chyba, że jest to ojciec samotnie wychowujący dziecko. Jaki zatem model ojcostwa będzie bliski fundacji skoro nie powtarzalne czynności przy małym człowieku.
Mamy dom, mamy ojcostwo. Jeszcze seks. Panowie dostają dwa sprzeczne komunikaty od kobiet – muszą być zawsze gotowi do fizycznej miłości, a jeśli już są to słyszą, że tylko dupa im w głowie. A to zabójstwo dla mężczyzn, będących w związku, „którzy mają wysokie potrzeby seksualne, a na ogół mężczyźni takie właśnie mają – są wręcz tacy, dla których seks stanowi jedyną drogę do bliskości”. Przekaz rozumiem, nie rozumiem co fundacja chce z tym zrobić. Jakoś nie umiem wyczytać między wierszami, że psychologowie pomogą mężczyznom w budowaniu bliskich relacji opartych na czym innym niż seks. Skłaniam się ku przemocy. Jasno o tym mówią wskazując na kobiety – sprawczynie niskiej samooceny mężczyzn.
„Kobiety zamiast swoich partnerów bić, wolą okaleczać ich psychicznie. Najczęściej odmawiają im uczuć, w tym ważnego dla mężczyzn seksu, ciągle ich krytykują, wyolbrzymiają porażki, nie dostrzegając tego, co panom się udaje. Przemoc psychiczna to także ciągła kontrola, ograniczanie kontaktów z przyjaciółmi. Często jednak po prostu wyzwiska, upokorzenia, albo szantaż. [...] Mam znajomego motocyklistę, któremu żona po tym, jak im się urodziło dziecko, kazała motocykl sprzedać. I on to zrobił – mówi Masłowski. Prezes nie rozwija tej myśli. Nie tłumaczy powodów sprzedaży motoru. Możemy się domyśleć, że rodzina stanęła przed wyborem – albo motor albo pralka. Może kierowca miał kilka wypadków przed narodzinami dziecka i partnerka uznała, że jak zniknie motor to zminimalizuje w ten sposób groźbę osierocenia dziecka. Przekaz bez uzasadnienia każe po prostu sądzić, że miała taką fantazję i zastosowała przemoc psychiczną wobec męża.
Kabaret Ani Mru Mru powiedziałby prześmiewczo o tej wypowiedzi „chłyt martengingowy”. Mnie nie do śmiechu. Bo Masłowski podkreśla, że jego „fundacja nie powstała jednak po to, by ślepo walczyć z feministkami, krytykować, czy ograniczać kobiety.” Nie można ich nawet o to podejrzewać, ponieważ nie są ani konserwatystami ani księżmi. „Którzy byli dotąd jedynymi adwersarzami feministek”. I to rodzi we mnie prawdziwy lęk o intencje fundacji. Nie mam wątpliwości, że mężczyznom jest potrzebna pomoc. Jednak to co proponuje fundacja wzmocni prawdopodobnie to z czym walczy ruch feministyczny. W imieniu obu płci, bo większości mężczyzn nie jest po drodze z równouprawnieniem. Dlatego nie wesprze jej ani Robert Kowalski ani profesor Wikrot Osiatyński, ale Kukizo- i Pospieszalskopodobni.
Mam skojarzenie z wojną secesyjną, gdzie Południe jest masculinum, a Północ to femina. Stawką jest współczesny„abolicjonizm” – zniesienie niewolnictwa (nieodpłatna praca w domu, różnice w wynagrodzeniu między kobietami a mężczyznami, szklany sufit, powszechna przemoc wobec kobiet, restrykcyjna ustawa aborcyjna, brak edukacji seksualnej, nierefundowany zabieg in vitro, ograniczony dostęp do antykoncepcji, utwierdzony przez KK obraz kobiety podległej i gorszej gatunkowo) i związanego z nim handlu kobietami. Proces, którym sterują feministki jest nie do zatrzymania. Nieprawość przekroczyła punkt krytyczny. Na jego końcu jest gwarancja równości płci. Taka Fundacja jak Masculinum może go tylko opóźnić w czasie. I tego straconego czasu mi właśnie szkoda. „Do garów ty zajebana polska kurwo” napisał dziś jakiś mężczyzna do Alicji Tysiąc.

Jacek Masłowski ma 40 lat, dwie córki i dwa motocykle.

wtorek, 19 lutego 2013

Geje żyją krócej


Geje żyją dłużej
kolaż: Lidia Barc
 Do Bydgoszczy przyjechał amerykański psycholog Paul Cameron. Niby psycholog, ale z tego parszywego miotu homofobów. Uważa, że osoby homoseksualne żyją krócej i są źródłem patologii. Fakt, rzężę od trzech tygodni. Ale lekarka pierwszego kontaktu stwierdziła zapalenie zatok. O homoseksualizm jakoś nie zahaczyła. Ale Cameron wie lepiej. Swoje wnioski dotyczące umieralności oparł na analizie nekrologów publikowanych w dwóch gazetach wydawanych w San Francisco. Nie byłam w Ameryce, ale rozumiem, że za Wielką Wodą pisze się „John Dick, lat 39, gej”, „Emma Cunt, lat 41, lesbijka”. I niby żyją krócej, ale jednak mają dzieci, które „są bardziej podatne na zachowania patologiczne – częściej popadają w konflikty z prawem, korzystają z pomocy społecznej, miewają próby samobójcze i są bardziej skłonne np. do gwałtów”. Naturalnie, według Camerona, homoseksualizm jest chorobą psychiczną. Porównywalną z narkomanią i nikotynizmem. Poczułam się jakby gorzej. Nie dość, że palę się do dziewczyny, to jeszcze palę. Do Bydgoszczy zaprosił Camerona lokalny Klub Frondy. Spotkanie odbyło się w domu parafialnym sanktuarium Królowej Męczenników. Żaden komentarz nie będzie lepszy od tych okoliczności. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne wykluczyło Camerona z członkostwa w 1983 roku za pogwałcenie kodeksu etycznego. Family Research Institute, którego Cameron jest prezesem, znajduje się na liście amerykańskich „grup nienawiści” organizacji Southern Poverty Law Center, zajmującej się obroną praw obywatelskich.
 O Cameronie powinno się pisać Paul C., ponieważ idee które głosi, są ciężkim przestępstwem wobec czucia i rozumu. Przed Bydgoszczą Paul C. wyłożył się na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II. Dwa lata temu na głoszenie jego herezji nie zgodziły się trzy uczelnie. Moja macierzysta – Uniwersytet Mikołaja Kopernika, UAM w Poznaniu i Uniwersytet Szczeciński. W Toruniu nie obyło się pewnie bez rozlewu krwi. Zarydzykuję tezę, że na rzecz wykładów silnie lobbowały Radio Maryja, Telewizja Trwam i „Dziennik Polski”. Mocne wsparcie miał prawdopodobnie w osobie Aleksandra N. Profesora pedagogiki, dziekana Wydziału Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Nalaskowski sprzeciwił się w 2011 roku sejmowemu projektowi ustawy, zezwalającej na adopcję dzieci przez pary homoseksualne: „Nie mówi się też o tym, że homoseksualizm się reprodukuje, a taka zmiana w rodzinnych domach dziecka to tworzenie przestrzeni do reprodukcji homoseksualizmu. Rodzice homoseksualni, tworzący dom dziecka, nie są w stanie przekazać dziecku w procesie wychowania właściwego wymiaru życia seksualnego człowieka. Ten wymiar będzie zawsze wymiarem spaczonym, wymiarem chorym. Tak jak homoseksualizm jest chory, choć Organizacja Zdrowia uznała, że nie jest. Absolutnie jestem przeciwny udzielaniu pozwoleń na prowadzenie domów dziecka przez homoseksualistów. Decyzja Sejmu jest kuriozalna i chora. Apeluję zdecydowanie do posłów, aby nie było takiego prawa”. 
 Obu „naukowcom” marzy się powrót do roku 1991 i ponowne wpisanie homoseksualizmu na listę chorób Światowej Organizacji Zdrowia. Swoje argumenty powtarzają jak mantrę – nie odkryto genu homoseksualizmu, tego typu zachowanie jest dziedziczone kulturowo i można je leczyć. Muszę to koniecznie powiedzieć moim heteroseksualnym rodzicom, którzy wychowali jedną hetero- i jedną homoseksualną córkę. Powiem jednak tylko mamie. Tata zmarł na pohybel rewelacjom Paula C. Żył krócej i był źródłem patologii – popadał w konflikty z prawem, korzystał z pomocy społecznej, miał skłonność do gwałtownego zachowania, stosował przemoc fizyczną wobec żony, chorował na nikotynizm i alkoholizm. Co nie wynikało z jego nekrologu.

poniedziałek, 1 października 2012

Pussy Riot


Zelimchan Jandarbijew, poeta, były prezydent Czeczeńskiej Republiki Iczkeria. Zginął 13 lutego 2004 r. w terrorystycznym zamachu bombowym przeprowadzonym w Katarze przez dwóch agentów rosyjskiej FSB. Agenci, po ekstradycji do Rosji, zostali tam powitani z pełnym ceremoniałem wojskowym należnym bohaterom. Aleksander Litwinienko, były podpułkownik KGB/FSB. Otruty w 2006 roku w Wielkiej Brytanii izotopem polonu, podanym w herbacie. Zabójca Litwinienki został deputowanym do Dumy. Natalia Estemirowa, dziennikarka, działaczka na rzecz praw człowieka. Uprowadzona z domu w Groznym i zastrzelona. Zleceniodawca zabójstwa bezpośrednio nadzorował śledztwo w sprawie jej śmierci. Anastazja Baburowa, dziennikarka „Nowej Gaziety”, była współpracowniczką anarchistycznej Akcji Autonomicznej. Zamordowana w styczniu 2009 roku przez dwoje nacjonalistów ze zdelegalizowanej organizacji Rosyjska Jedność Narodowa. Wreszcie moja bohaterka, Anna Politkowska, niezależna rosyjska dziennikarka, pisarka. Zastrzelona w windzie, w swoim mieszkaniu 7 października 2006 roku. Nieprzypadkowo w dniu urodzin Władimira Putina. Wszystkie wymienione osoby znane były z krytycznego stosunku do administracji prezydenta Putina. Nieoficjalne wyroki śmierci ciążą także na Achmedzie Zakajewie i Borysie Bieriezowskim. Obaj przebywają na uchodźstwie w Londynie. 


Dlatego tak wystraszyłam się kiedy zapadł wyrok w sprawie Marii Aliochiny, Nadieżdy Tołokonnikowej i Jekateriny Samucewicz, powszechnie znanych jako 3/5 składu rockowej grupy Pussy Riot. Zostały skazane na dwa lata łagru. Boję się, że stamtąd nie wyjdą. Albo wyjdą zmienione. Nie znam swoich możliwości, nie byłam na wojnie, ani w sytuacji, gdy musiałam walczyć na śmierć i życie o swoją moralność. Ale wyobrażam sobie, że wystarczyłoby mnie kilka razy zgwałcić, kazać urodzić i zabić na moich oczach dziecko. To może się zdarzyć.
Za co się dostało dziewczynom? Piszę o nich „dziewczyny”, ponieważ są mi bliskie z tym co robią, a przecież chodzi o Artystki, którym uchodzi więcej niż mnie – odbiorczyni Sztuki. Zaśpiewały niepełną wersję „pank modlitwy” w świątyni Chrystusa Zbawiciela pod tytułem „Bogurodzico, przegoń Putina”. Uderz w krzyż, a obrońcy się odezwą. I skrócą cię o głowę, o szacunek, o dobre imię. U nas podobnie było z Dodą. W styczniu tego roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa skazał Dodę na 5 tysięcy grzywny za obrazę uczuć religijnych. W jednym z wywiadów powiedziała, że „bardziej wierzy w dinozaury niż w Biblię, bo ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. W procesie Dody prokuratura uznała, że wypowiedź artystki była prowokacyjna. Co nie ma nic wspólnego z wolnością słowa, ponieważ Doda wyszła poza zwykłą krytykę. Według sądu naruszyła uczucia religijne w sposób obiektywny, bo tak to jest odbierane „w kręgu kulturowym, z którego się ona wywodzi”.
Wywodzę się z tego samego kręgu kulturowego co Doda, ławnicy i prokurator. Nie czuję się obrażona. Czuję się zainspirowana. Do odważnego wyrażania swoich poglądów, do walki z wszechobecną głupotą, systemem sankcjonującym przemoc wobec kobiet, dzieci, osób starszych, niepełnosprawnych i zwierząt. Chcę być człowiekiem w swoim kraju. Tego samego chcę dla swoich sióstr w Rosji, Iranie i Nepalu. Łatwo nie będzie. Przemoc jest tak powszechna, że aż niewidoczna. Nie  dostrzegamy jej w swoich domach. A jeśli dostrzegamy to się na nią godzimy. Dlatego państwu tak łatwo decydować o naszych prawach. Brakiem podpisu pod Konwencją Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, brakiem skutecznych procedur chroniących ofiary gwałtu, obowiązkową nauką religii w szkołach, restrykcyjną ustawą aborcyjną, brakiem dostępu do legalnej antykoncepcji, nierefundowaną procedurą in vitro, wsparciem podwórkowego stylu wychowania seksualnego, martwym zapisem dotyczącym rozdziału państwa od kościoła, brakiem ustawy o związkach partnerskich, ustawowym lekceważeniem potrzeb matek, dzieci, osób niepełnosprawnych, zwierząt. Słowem patriarchat w pełnej krasie. Który procedurami wraca do naszych domów. Zaklęty krąg. „Znikąd ratunku, znikąd pomocy. Milicja, milicja”. Hasło z filmu „Sublokator” aktualne od 1966 rok. Jak „Piekło kobiet” Tadeusza Boya-Żeleńskiego od 1930 roku, jak piekło kobiet od zarania dziejów. Dlatego tak potrzebujemy motywacji od odnalezienia własnej siły, dlatego potrzebujemy takich ruchów społecznych jak Femen czy dziewczyn z Pussy Riot. Współczesnych Emmeline Pankhurst.
Bogurodzico przegoń Putina, Gowina, Hołownię, Pospieszalskiego, Cejrowskiego, Tuska, Zanussiego, Terlikowskiego, Marka Jurka, abp. Michalika, Niesiołowskiego, Żalka. Korwina-Mikke.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Elaine Morgan



Jest sierpnień 2012 roku. Na świecie bezprawie. Własnie zapadł wyrok w sprawie Pussy Riot a arb. Michalik kręci polskie lody z patriarchą Cyrylem. Boję się, że Maria Aliochina, Nadieżda Tołokonnikowa i Jekaterina Samucewicz nie przeżyją łagru. Bo jeśli Putin w „światłach rampy” zabił Annę Politkowską to dlaczego miałby oszczędzić te dziewczyny. Sylwia Chutnik dobrze to skomentowała – nie jest sztuką krytykowanie „władzy w domu, po kryjomu”. Nawet maszerowanie w pochodach chronionych kordonem policji. Dlatego tak bliskie są mi i dziennikarka Politkowska i artystki z Pussy Riot. Ryzykują życiem za odwagę, życie zgodne z przekonaniami, siłę do walki.
W tym samym czasie byli u nas polscy przyjaciele. Małgosia i Robert. Małgorzata Danicka. Ta Małgorzata. Tłumaczka książek Elaine Morgan na język polski. Elaine to taki niedoceniony Darwin. Niedoceniona, bo jest kobietą, bo nie ma kierunkowego wykształcenia, bo mówi, że człowiek ewoluował z wody. A to o dużo za dużo dla przyjętych paradygmatów. Księgarnia Muzeum Historii Naturalnej pełna jest dzieł Darwina. Osoby z obsługi wiedziały co prawda, że Elaine Morgan coś wydała, ale nie były mi w stanie tego znikąd ściągnąć. W Gravesend jeszcze gorzej. Bukinista nie wiedział o kogo mi chodzi. Bukinista, nie zwykły księgarz. Bo po księgarni widać, że wypieszczona i wypasiona. Ze starannie dobranymi tytułami na różne tematy i z różnych okresów. Bukinista Brytyjczyk.
Elaine Morgan urodziła się w 1920 roku w Pontypridd w Walii. Studiowała literaturę angielską w Oxfordzie. Jej kariera literacka rozpoczęła się w latach pięćdziesiątych – pisała opowiadania, sztuki i scenariusze dla telewizji. Otrzymała w tej dziedzinie wiele nagród, m.in. Writer’s Guild Award 1973, Prix Italia 1974, BAFTA 1978 (za biografię Marii Curie), Royal Television Society Writer of the Year 1979. W 1972, zafascynowana hipotezą Sir Alistera Hardy’ego o wodnym etapie w ewolucji człowieka, a także w reakcji na seksistowską wizję antropogenezy prezentowaną przez antropologów takich, jak prof. Raymond Dart, Robert Ardrey i Desmond Morris, napisała The Descent of Woman – Pochodzenie kobiety – które zostało przetłumaczone na 25 języków. W kilku kolejnych książkach rozwijała argumenty Hardy’ego – aż w końcu hipoteza wodnej małpy przebiła się do środowisk naukowych i zaczęła być poważnie dyskutowana, a ona sama zaczęła być zapraszana na konferencje naukowe, m.in. Symposium of Water and Human Evolution. W roku 2000 otrzymała prestiżową naukową nagrodę Letten F. Saugstad. W roku 2006 przyznano jej honorowy stopień naukowy (D.Litt.) Uniwersytetu Glamorgan. Nadal mieszka i pisze w Walii.
Elaine miała wylew. Dla 92. latki to prawie wyrok. Dlatego spieszyło nam się z odwiedzinami. Zdążyliśmy. Do szpitala. Elaine nie była w formie. Umęczona i udręczona. Głównie przeżytymi latami, chorobą i przekonaniem o niezrozumieniu jej. Brałam aktywny udział w tym spotkaniu, ale jakby podzielona na dwa byty. Jeden z nich siedział i rozmawiał. Drugi obserwował z bezpiecznej odległości. Jakbym się sama przed sobą chroniła. Nie mogłam się bowiem oprzeć nachalnemu wrażeniu, że uczestniczę w czymś ważnym. W odchodzeniu kogoś na miarę Marii Skłodowskiej-Curie.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jaką wartość miało to spotkanie dla Małgosi. Osoby, która ją dla Polski „odkryła” i która założyła wydawnictwo, żeby móc upowszechniać idee Elaine. W tych działaniach tłumaczkę wspierają Fundacja Feminoteka, Fundacja MaMa, Przekrój i Sabatnik boginiczno – feministyczny "Trzy Kolory". Pośrednio także my – kupiłyśmy kilka egzemplarzy i podarowałyśmy przyjaciołom, o których myślimy, że argumenty Elaine zrobią na nich wrażenie.
Od spotknia z Elaine minął już tydzień. Cały czas je przeżywam, analizuję i odkrywam nowe uczucia. Dopiero teraz mogę o nim pisać. Boję się, że Elaine nie trafi pod strzechy ani za życia ani po nim. Skąd to wiem? Bo ceni ją Olga Tokarczuk. A Olga jest klasą samą w sobie. Dlatego tyle osób jej nie czyta i nie ceni. Bo wolimy pogłaskać płot z napisem „dupa” i poczuć ból wbitej w rękę drzazgi niż ten związany z samorozwojem.